2010-06-11
Henryk Kucharczyk – wspomnienie subiektywne
W czwartek pożegnaliśmy Henryka Kucharczyka. Każdy z wielu zgromadzonych na tej smutnej uroczystości ludzi przypominał sobie chwile z Nim spędzone. I te radosne, i te, jak to w polityce bywa, czasem gorzkie. Te drugie niejednokrotnie przyszło mi opisywać na łamach portalu i wiedziałam, że radny, nasz wierny czytelnik, te publikacje śledzi. Otwarcie się do tego przyznawał i chętnie dyskutował na wszystkie tematy, które trzeba było poruszyć…
Fot. Beniamin Buchczyk
Rok 2007, moje pierwsze zawodowe kroki w Urzędzie Miejskim. Z podziwem patrzyłam na lokalnych dziennikarzy, którzy potrafili przypisać nazwiska radnych do konkretnych osób, wiedzieli, z kim o czym rozmawiać i na co zwracać uwagę. Wtedy była to dla mnie czarna magia. Trzy lata później, gdy dowiedziałam się o śmierci Henryka Kucharczyka stanęło mi przed oczami kilka scen. Tych z sesji, imprez miejskich, ale również z rozmów, których odbyłam z Nim wiele. I dotarło do mnie, że odszedł człowiek, którego z pewnością zapamiętam do końca życia.
Przerwa w sesji, sala kominkowa, przyjechał catering. Wszyscy uczestnicy obrad karnie ustawieni w ogonku do stolika, przy którym sprzedaje się jedzenie. Po chwili radni siedzą przy okrągłym stole i posilają się barszczem z krokietami. Henryk Kucharczyk wraz z klubowymi kolegami usadawiają się zaraz koło drzwi wejściowych i między jednym a drugim kęsem rozmawiają. Wyciągam aparat, robię zdjęcie. – Pani Marzeno, nie teraz, bo mnie żona prześwięci, że diety nie trzymam! – woła do mnie. Wszyscy wybuchają śmiechem, a radny zachęca mnie do fotografowania innych osób – Tylko brzuchy powciągajcie i uśmiechy na twarz! – zaznacza.
Obrady, na mównicy Henryk Kucharczyk. Z zapałem zbija argumenty przedmówców. Siedzę, notuję, by sporządzić potem relację. Od automatycznego spisywania słów odrywa mnie to, co słyszę. Radny kończy swoje wystąpienie cytatem z tekstu, który zamieściłam na Śwce.pl. Przebrzmiewają słowa autorstwa księdza Tischnera – Mamy trzy rodzaje prawdy. Cała prawda, tyż prawda i g… prawda… Na sali słychać śmiech, znad mównicy widać porozumiewawczy uśmiech.
Nie jeden raz zdarzało się Henrykowi Kucharczykowi wracać do opublikowanych przeze mnie artykułów. W trakcie obrad i prywatnych rozmów. Gdy pozwoliłam sobie dość mocno, jak mówi się w roboczym slangu „pojechać” po uroczystości otwarcia ulicy Barlickiego, długo się spieraliśmy. Na końcu rozmowy usłyszałam słowa – No tak, w sumie miała pani rację. Telefon teraz ma każdy, można było zadzwonić.
Radny był pierwszą osobą, która zadzwoniła do mnie po pierwszym wydaniu miesięcznika „Bliżej Śląska”. Pogratulował pomysłu, z humorem podzielił się swoimi opiniami. – Trochę za dużo reklam – powiedział – Ale wybaczam, bo MPGK też się tu ogłosiło. Potem opowiedział, jak tłumaczył niektórym w swoim zakładzie pracy, gdzie jest w Lipinach „herbegasa”. – I co oni by bez Kucharczyka zrobili? – śmiał się.
Byłam kiedyś obecna przy nagraniu telewizyjnym. – Niech mnie pan filmuje tak, żebym wyglądał o 20 kilogramów młodziej – zagadnął operatora chwilę po powitaniu. Na słowa reporterki – To może już zaczniemy - odpowiedział – Za chwileczkę, ja tu się muszę najpierw z tym panem dogadać. To jak, jesteśmy umówieni?
Miał do siebie dużą rezerwę. Dystansował się też od opinii na swój temat. Na jedno z umówionych spotkań, podczas których udzielał mi wypowiedzi do tekstu, przyszedł „uzbrojony” w zadrukowaną kartkę. „Każdy, kto podejmuje się działalności publicznej, musi liczyć się z krytyką” – taki mniej więcej tekst na niej widniał. – No i niech mówią, co chcą – podkreślał. – Niech już Kucharczyk będzie ten najgorszy, ale ja śpię spokojnie. Czy taki Misiu mógłby komuś krzywdę zrobić?
Kiedy na portalu znalazłam komentarze podpisane „Kucharczyk”, zadzwoniłam, by spytać, czy faktycznie je zamieścił. – Tak, to ja – odparł. – Nie mam się czego wstydzić, piszę co myślę.
Należał do radnych, którzy rozgraniczali komentarze naszych czytelników od zamieszczonych na portalu tekstów. Nigdy nie usłyszałam słowa pretensji za opinie, które w internecie krążyły na jego temat. Za to nawiązywał do nich w trakcie swoich wystąpień sesyjnych. – Znów napiszą, że nic nie rozumiem – niejednokrotnie zdarzyło mu się je zaczynać. – Ale naprawdę nie rozumiem …- i tu następował ciąg dalszy. Przyznawał potem, że specjalnie w ten sposób prowokował.
O Koszęcinie radny mówił z radością. Kiedyś, gdy dzwoniłam, nie mógł rozmawiać. Telefon odebrała żona i poinformowała, że zostawił komórkę, bo pomaga w pracach remontowych. Oddzwonił później. – Skakałem po drabinie – tłumaczył. – Wiem, że to trudne do wyobrażenia, ale jednak – śmiał się.
Zmarł właśnie tam, gdzie lubił spędzać czas z rodziną, bawić się z wnuczką. Pożegnaliśmy go 10 czerwca w Świętochłowicach, w Chropaczowie, dzielnicy w której mieszkał i pracował.
Panie Henryku, nie rozumiem… .
Przerwa w sesji, sala kominkowa, przyjechał catering. Wszyscy uczestnicy obrad karnie ustawieni w ogonku do stolika, przy którym sprzedaje się jedzenie. Po chwili radni siedzą przy okrągłym stole i posilają się barszczem z krokietami. Henryk Kucharczyk wraz z klubowymi kolegami usadawiają się zaraz koło drzwi wejściowych i między jednym a drugim kęsem rozmawiają. Wyciągam aparat, robię zdjęcie. – Pani Marzeno, nie teraz, bo mnie żona prześwięci, że diety nie trzymam! – woła do mnie. Wszyscy wybuchają śmiechem, a radny zachęca mnie do fotografowania innych osób – Tylko brzuchy powciągajcie i uśmiechy na twarz! – zaznacza.
Obrady, na mównicy Henryk Kucharczyk. Z zapałem zbija argumenty przedmówców. Siedzę, notuję, by sporządzić potem relację. Od automatycznego spisywania słów odrywa mnie to, co słyszę. Radny kończy swoje wystąpienie cytatem z tekstu, który zamieściłam na Śwce.pl. Przebrzmiewają słowa autorstwa księdza Tischnera – Mamy trzy rodzaje prawdy. Cała prawda, tyż prawda i g… prawda… Na sali słychać śmiech, znad mównicy widać porozumiewawczy uśmiech.
Nie jeden raz zdarzało się Henrykowi Kucharczykowi wracać do opublikowanych przeze mnie artykułów. W trakcie obrad i prywatnych rozmów. Gdy pozwoliłam sobie dość mocno, jak mówi się w roboczym slangu „pojechać” po uroczystości otwarcia ulicy Barlickiego, długo się spieraliśmy. Na końcu rozmowy usłyszałam słowa – No tak, w sumie miała pani rację. Telefon teraz ma każdy, można było zadzwonić.
Radny był pierwszą osobą, która zadzwoniła do mnie po pierwszym wydaniu miesięcznika „Bliżej Śląska”. Pogratulował pomysłu, z humorem podzielił się swoimi opiniami. – Trochę za dużo reklam – powiedział – Ale wybaczam, bo MPGK też się tu ogłosiło. Potem opowiedział, jak tłumaczył niektórym w swoim zakładzie pracy, gdzie jest w Lipinach „herbegasa”. – I co oni by bez Kucharczyka zrobili? – śmiał się.
Byłam kiedyś obecna przy nagraniu telewizyjnym. – Niech mnie pan filmuje tak, żebym wyglądał o 20 kilogramów młodziej – zagadnął operatora chwilę po powitaniu. Na słowa reporterki – To może już zaczniemy - odpowiedział – Za chwileczkę, ja tu się muszę najpierw z tym panem dogadać. To jak, jesteśmy umówieni?
Miał do siebie dużą rezerwę. Dystansował się też od opinii na swój temat. Na jedno z umówionych spotkań, podczas których udzielał mi wypowiedzi do tekstu, przyszedł „uzbrojony” w zadrukowaną kartkę. „Każdy, kto podejmuje się działalności publicznej, musi liczyć się z krytyką” – taki mniej więcej tekst na niej widniał. – No i niech mówią, co chcą – podkreślał. – Niech już Kucharczyk będzie ten najgorszy, ale ja śpię spokojnie. Czy taki Misiu mógłby komuś krzywdę zrobić?
Kiedy na portalu znalazłam komentarze podpisane „Kucharczyk”, zadzwoniłam, by spytać, czy faktycznie je zamieścił. – Tak, to ja – odparł. – Nie mam się czego wstydzić, piszę co myślę.
Należał do radnych, którzy rozgraniczali komentarze naszych czytelników od zamieszczonych na portalu tekstów. Nigdy nie usłyszałam słowa pretensji za opinie, które w internecie krążyły na jego temat. Za to nawiązywał do nich w trakcie swoich wystąpień sesyjnych. – Znów napiszą, że nic nie rozumiem – niejednokrotnie zdarzyło mu się je zaczynać. – Ale naprawdę nie rozumiem …- i tu następował ciąg dalszy. Przyznawał potem, że specjalnie w ten sposób prowokował.
O Koszęcinie radny mówił z radością. Kiedyś, gdy dzwoniłam, nie mógł rozmawiać. Telefon odebrała żona i poinformowała, że zostawił komórkę, bo pomaga w pracach remontowych. Oddzwonił później. – Skakałem po drabinie – tłumaczył. – Wiem, że to trudne do wyobrażenia, ale jednak – śmiał się.
Zmarł właśnie tam, gdzie lubił spędzać czas z rodziną, bawić się z wnuczką. Pożegnaliśmy go 10 czerwca w Świętochłowicach, w Chropaczowie, dzielnicy w której mieszkał i pracował.
Panie Henryku, nie rozumiem… .
Marzena Wojewoda-Rączka
- OGŁOSZENIA
- Pani spotka się z Panem
- Schody Rintal-tylko w maju stopniowa promocja ile
- Praca DODATKOWA
- KUPIĘ zadłużoną spółkę
- GRECJA wypoczynek & zwiedzanie
- Kupię Przejmę Zadłużoną spółkę akcyjną lub z o.o.
- MARIZA - Zarabiaj z Nami !
- Dołącz do Oriflame - zarabiaj jako konsultantka!
- Kupię Spółkę - Skup Zadłużonych Spółek
- Zostań konsultantką(em) Oriflame!
- Telewizor Grundig
- Słupki ogrodzeniowe

Dodaj komentarz
zgłoś nadużycie , Utworzony: 2010-06-16 08:15:29
zgłoś nadużycie Jaro, Utworzony: 2010-06-15 22:04:45
zgłoś nadużycie , Utworzony: 2010-06-14 15:48:04
zgłoś nadużycie wykopany, Utworzony: 2010-06-13 15:18:09
zgłoś nadużycie , Utworzony: 2010-06-11 22:40:00