2009-01-19
Sztandy i karasole
Odpust w Lipinach był kiedyś dla całej okolicy imprezą kultową. Mimo tego, że nie znano jeszcze wtedy takiego określenia. Mówiło się po prostu - Na lipińskim odpuście trza być.
Patronem kościoła w Lipinach jest św. Augustyn. Jego święto w kalendarzu liturgicznym przypada 28 sierpnia. Dlatego też co roku w ostatnią niedzielę sierpnia obchodzony jest w Lipinach odpust parafialny.
Dziś jest to jedna z wielu podobnych do siebie uroczystości, jakie mają miejsce w każdej z parafii katolickich. Ale starsi lipinianie do dziś z łezką w oku wspominają dawne „romle” i całą radosną otoczkę towarzyszącą temu kościelnemu świętu.
Odpust zaczynał się oczywiście uroczystą Mszą św., tzw. „sumą” odprawianą o godzinie 10.30. Wnętrze świątyni było odświętnie przystrojone kwiatami, przy figurach świętych paliły się świece, na budynku wywieszone były flagi kościelne. Podczas mszy śpiewał chór parafialny, który specjalnie na tę okoliczność podczas wzmożonych prób przygotowywał nowe pieśni. Kazanie wygłaszał ksiądz z poza parafii, którego zapraszał lipiński proboszcz. Najczęściej był to kapłan który pochodził z Lipin lub kiedyś pracował w tutejszej parafii. Przy ołtarzu obecni byli wszyscy pracujący w Lipinach księża. Swoje sztandary pochylali przed nim przedstawiciele organizacji i związków kościelnych, takich jak np. Sodalicja Mariańska czy Katolicki Związek Młodzieży Męskiej. Podczas mszy odbywała się także procesja dookoła kościoła, w której uczestniczyli wszyscy zgromadzeni parafianie. Wiele kobiet ubierało na tę okazję tradycyjne śląskie stroje.
Popołudniu odbywały się specjalne, odpustowe nieszpory w równie wzniosłej i odświętnej atmosferze. Podczas obu nabożeństw kościół pękał w szwach, gdyż lipinianie z wielką dumą zapraszali na odpust swoje rodziny z innych miast. Takie zaproszenie uważane było za duży zaszczyt, więc goście stawiali się w komplecie.
Szczególny wymiar miały też spotkania przy rodzinnym stole. Przed odpustem gospodynie niosły do piekarza całe blachy kołocza, by poczęstować nim zaproszonych. Nie mogło się też obyć bez odświętnego obiadu, z nudelzupą , kluskami, roladą i modrą kapustą.
Każda szanująca się pani domu musiała także zrobić szałot. Często dodawany do niego rarytas w postaci puszki zielonego groszku dzielony był po sąsiedzku na co najmniej dwie rodziny.
Jednak szczególną i dla wielu największą atrakcją lipińskiego odpustu był romel. Liczne stragany z dewocjonaliami, zabawkami, piernikami i makronami i balonami przyciągały całe pielgrzymki spragnionych zabawy i rozrywki ludzi.
Już jakiś czas przed dniem odpustu na lipińskie targowisko zaczęły zjeżdżać karuzele. Stały w miejscu dzisiejszego placu Słowiańskiego, także tam, gdzie dziś znajdują się pawilony. Wielką atrakcją dla dzieci było obserwowanie składania karuzeli.
Najwyższą było „Koło Młyńskie” z wiszącymi wagonikami, nazywane Gondlą. Był keciok dla dorosłych, tzw. Elektryczny i keciok dla dzieci. Duża karuzela z autami z racji swej zawrotnej prędkości zwana była „Dzikie auta” i dla dzieci była niedostępnym obiektem westchnień. Dla nich przeznaczone były te mniejsze, często nie zelektryfikowane. Pchali je chłopcy udając się na ich górną część i tam za pomocą grubych belek wprawiali maszynerię w ruch.
Chętnych do tej pracy było wielu, bo właściciel karasola z góry określał, za ile „rundek” przysługiwała bezpłatna jazda na jego urządzeniu. Jednym z dumnych posiadaczy takiego urządzenia był też lipinianin – pan Wandziura.
Z czasem jednak karuzeli „pchanych” było coraz mniej, stopniowo zastępowały je te elektryczne.
Obowiązkowym punktem programu odpustowego były dla wielu strzelnice. Kawaler, który w najbliższym czasie zamierzał oświadczyć się swojej wybrance, musiał koniecznie ustrzelić dla niej zdobycz w postaci kwiatka z puchu czy lizaka. Ci nie grzeszący talentem snajperskim po kilkunastu nieudanych próbach mogli liczyć na litość szefa strzelnicy, który z głębokim westchnieniem wręczał im to, do czego próbowali trafić.
Największy ruch na romlu był popołudniu. Młodzi i starsi jeździli na karuzelach, z których płynęła muzyka, kramarze okrzykami zachęcali do kupowania, słychać było odgłosy udanych i nieudanych strzałów.
Na straganach można było znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie – maskotki, autka, parasolki, makrony ale także owoce takie jak arbuz czy winogrona. Niektórzy nie mogli sobie odmówić wspomnianego arbuza nawet doskonale wiedząc, że go nie lubią. Po prostu nieodłącznie wiązał się on z niepowtarzalnością i szczególnością chwili. Wtedy wystarczył jeden gryz, reszta wędrowała do kolegi i tradycyjny odpustowy arbuz można było uznać za zaliczony.
Kontrowersje budziły smażalnie ryb. Jedni nie mogli się nachwalić smaku i aromatu przyrządzanych tam potraw, innym tenże aromat psuł radość z odpustowego spaceru. Te panie domu, które uważały się za doskonałe kucharki, obchodziły budki z rybami szerokim łukiem. Zdarzało się jednak, że ich dzieci, spragnione innego niż domowy smaku, podskubały kolegom kawałek, by cały następny rok tęsknić za tymi odpustowymi delicjami.
Popularne były liczne gry i loterie. Za określoną sumę losowało się gwarantowaną nagrodę, którą zazwyczaj była gipsowa figurka. Nie wiadomo dlaczego, ale najczęściej wygrywano sowy albo popiersie Tadeusza Kościuszki.
Przez kilka lat do Lipin przyjeżdżał też motocyklista. Jeździł on w środku wysokiej, kilkumetrowej konstrukcji w kształcie beczki. Stąd też nazwa „Beczka śmierci” lub „Ściana śmierci”. Startował od dołu, by stopniowo pokonywać prawie pionowe ściany wewnątrz urządzenia. Apogeum emocji następowało w momencie, gdy w finale pokazu motocykliście zawiązywano oczy i odtąd popisywał się swymi umiejętnościami nic nie widząc. Co złośliwsi mieszkańcy Lipin twierdzili, że dopiero po tym zabiegu czuł on pion, biorąc pod uwagę wielogodzinne oczekiwanie na start i zwalczanie tremy sprawdzonymi sposobami.
Dzieci zachwycone były występami magików, starsi mogli sprawdzić siłę swoich mięśni. Na żelaznym podeście stał słup z tabelą określającą ich możliwości . Uderzając wielkim młotem w pewien punkt, tabela pokazywała z jakim impetem się „walnęło”.
Najpiękniej targowisko prezentowało się wieczorem, gdy na karuzelach świeciły się różnokolorowe lampki a wokoło słychać było śmiech rozbawionych ludzi.
O 22.00 wszystko się kończyło i zapadała cisza.
Następnego dnia wszystkie karuzele demontowano, pakowano sztandy i pozostawało już tylko czekać cały kolejny rok, by znów zakosztować specyfiki lipińskiego odpustu.
Nikomu z nas nie uda się już poznać atmosfery tamtych lat. Ale jakże cenna jest rada pozostawiona przez ówczesne gospodynie. Uwaga! Zapamiętać!
„Po lipińskim odpuście ogórków już się nie kisi, bo bydom do rzyci”.
Dziś jest to jedna z wielu podobnych do siebie uroczystości, jakie mają miejsce w każdej z parafii katolickich. Ale starsi lipinianie do dziś z łezką w oku wspominają dawne „romle” i całą radosną otoczkę towarzyszącą temu kościelnemu świętu.
Odpust zaczynał się oczywiście uroczystą Mszą św., tzw. „sumą” odprawianą o godzinie 10.30. Wnętrze świątyni było odświętnie przystrojone kwiatami, przy figurach świętych paliły się świece, na budynku wywieszone były flagi kościelne. Podczas mszy śpiewał chór parafialny, który specjalnie na tę okoliczność podczas wzmożonych prób przygotowywał nowe pieśni. Kazanie wygłaszał ksiądz z poza parafii, którego zapraszał lipiński proboszcz. Najczęściej był to kapłan który pochodził z Lipin lub kiedyś pracował w tutejszej parafii. Przy ołtarzu obecni byli wszyscy pracujący w Lipinach księża. Swoje sztandary pochylali przed nim przedstawiciele organizacji i związków kościelnych, takich jak np. Sodalicja Mariańska czy Katolicki Związek Młodzieży Męskiej. Podczas mszy odbywała się także procesja dookoła kościoła, w której uczestniczyli wszyscy zgromadzeni parafianie. Wiele kobiet ubierało na tę okazję tradycyjne śląskie stroje.
Popołudniu odbywały się specjalne, odpustowe nieszpory w równie wzniosłej i odświętnej atmosferze. Podczas obu nabożeństw kościół pękał w szwach, gdyż lipinianie z wielką dumą zapraszali na odpust swoje rodziny z innych miast. Takie zaproszenie uważane było za duży zaszczyt, więc goście stawiali się w komplecie.
Szczególny wymiar miały też spotkania przy rodzinnym stole. Przed odpustem gospodynie niosły do piekarza całe blachy kołocza, by poczęstować nim zaproszonych. Nie mogło się też obyć bez odświętnego obiadu, z nudelzupą , kluskami, roladą i modrą kapustą.
Każda szanująca się pani domu musiała także zrobić szałot. Często dodawany do niego rarytas w postaci puszki zielonego groszku dzielony był po sąsiedzku na co najmniej dwie rodziny.
Jednak szczególną i dla wielu największą atrakcją lipińskiego odpustu był romel. Liczne stragany z dewocjonaliami, zabawkami, piernikami i makronami i balonami przyciągały całe pielgrzymki spragnionych zabawy i rozrywki ludzi.
Już jakiś czas przed dniem odpustu na lipińskie targowisko zaczęły zjeżdżać karuzele. Stały w miejscu dzisiejszego placu Słowiańskiego, także tam, gdzie dziś znajdują się pawilony. Wielką atrakcją dla dzieci było obserwowanie składania karuzeli.
Najwyższą było „Koło Młyńskie” z wiszącymi wagonikami, nazywane Gondlą. Był keciok dla dorosłych, tzw. Elektryczny i keciok dla dzieci. Duża karuzela z autami z racji swej zawrotnej prędkości zwana była „Dzikie auta” i dla dzieci była niedostępnym obiektem westchnień. Dla nich przeznaczone były te mniejsze, często nie zelektryfikowane. Pchali je chłopcy udając się na ich górną część i tam za pomocą grubych belek wprawiali maszynerię w ruch.
Chętnych do tej pracy było wielu, bo właściciel karasola z góry określał, za ile „rundek” przysługiwała bezpłatna jazda na jego urządzeniu. Jednym z dumnych posiadaczy takiego urządzenia był też lipinianin – pan Wandziura.
Z czasem jednak karuzeli „pchanych” było coraz mniej, stopniowo zastępowały je te elektryczne.
Obowiązkowym punktem programu odpustowego były dla wielu strzelnice. Kawaler, który w najbliższym czasie zamierzał oświadczyć się swojej wybrance, musiał koniecznie ustrzelić dla niej zdobycz w postaci kwiatka z puchu czy lizaka. Ci nie grzeszący talentem snajperskim po kilkunastu nieudanych próbach mogli liczyć na litość szefa strzelnicy, który z głębokim westchnieniem wręczał im to, do czego próbowali trafić.
Największy ruch na romlu był popołudniu. Młodzi i starsi jeździli na karuzelach, z których płynęła muzyka, kramarze okrzykami zachęcali do kupowania, słychać było odgłosy udanych i nieudanych strzałów.
Na straganach można było znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie – maskotki, autka, parasolki, makrony ale także owoce takie jak arbuz czy winogrona. Niektórzy nie mogli sobie odmówić wspomnianego arbuza nawet doskonale wiedząc, że go nie lubią. Po prostu nieodłącznie wiązał się on z niepowtarzalnością i szczególnością chwili. Wtedy wystarczył jeden gryz, reszta wędrowała do kolegi i tradycyjny odpustowy arbuz można było uznać za zaliczony.
Kontrowersje budziły smażalnie ryb. Jedni nie mogli się nachwalić smaku i aromatu przyrządzanych tam potraw, innym tenże aromat psuł radość z odpustowego spaceru. Te panie domu, które uważały się za doskonałe kucharki, obchodziły budki z rybami szerokim łukiem. Zdarzało się jednak, że ich dzieci, spragnione innego niż domowy smaku, podskubały kolegom kawałek, by cały następny rok tęsknić za tymi odpustowymi delicjami.
Popularne były liczne gry i loterie. Za określoną sumę losowało się gwarantowaną nagrodę, którą zazwyczaj była gipsowa figurka. Nie wiadomo dlaczego, ale najczęściej wygrywano sowy albo popiersie Tadeusza Kościuszki.
Przez kilka lat do Lipin przyjeżdżał też motocyklista. Jeździł on w środku wysokiej, kilkumetrowej konstrukcji w kształcie beczki. Stąd też nazwa „Beczka śmierci” lub „Ściana śmierci”. Startował od dołu, by stopniowo pokonywać prawie pionowe ściany wewnątrz urządzenia. Apogeum emocji następowało w momencie, gdy w finale pokazu motocykliście zawiązywano oczy i odtąd popisywał się swymi umiejętnościami nic nie widząc. Co złośliwsi mieszkańcy Lipin twierdzili, że dopiero po tym zabiegu czuł on pion, biorąc pod uwagę wielogodzinne oczekiwanie na start i zwalczanie tremy sprawdzonymi sposobami.
Dzieci zachwycone były występami magików, starsi mogli sprawdzić siłę swoich mięśni. Na żelaznym podeście stał słup z tabelą określającą ich możliwości . Uderzając wielkim młotem w pewien punkt, tabela pokazywała z jakim impetem się „walnęło”.
Najpiękniej targowisko prezentowało się wieczorem, gdy na karuzelach świeciły się różnokolorowe lampki a wokoło słychać było śmiech rozbawionych ludzi.
O 22.00 wszystko się kończyło i zapadała cisza.
Następnego dnia wszystkie karuzele demontowano, pakowano sztandy i pozostawało już tylko czekać cały kolejny rok, by znów zakosztować specyfiki lipińskiego odpustu.
Nikomu z nas nie uda się już poznać atmosfery tamtych lat. Ale jakże cenna jest rada pozostawiona przez ówczesne gospodynie. Uwaga! Zapamiętać!
„Po lipińskim odpuście ogórków już się nie kisi, bo bydom do rzyci”.
Marzena Wojewoda-Rączka
- OGŁOSZENIA
- garaż
- Sok MEGA LIFE – bomba witaminowa, na której możesz zarobić!!!
- Dołącz do nowej firmy kosmetycznej MARIZA
- praca-szybko zarobisz -Oriflame
- Sprzątanie grobów
- KUPIĘ zadłużoną spółkę
- Zostań Konsultantką/em ORIFLAME-praca dodatkowa!
- Niemiecki dla Opiekunek w domu
- Medugorje
- ZERO TOLERANCJI DLA DŁUŻNIKÓW!!
- Sól drogowa
- NA ZIMĘ I LATO TYLKO DOLOMITY

Dodaj komentarz