2010-09-24
Walka o kulturę
Przeglądając karty historii nie raz możemy natknąć się na chwile, gdy z kulturą postanawiano walczyć lub instytucjonalnie nią sterować. Jeden z najwcześniejszych przykładów pochodzi z czasów Aleksandra Wielkiego (lub Macedońskiego), gdy ten, podbijając ziemie Egiptu i Persji, wprowadzał na swój dwór obce zwyczaje. Z perspektywy dziejów można mu przyklasnąć stwierdzając, że propagował wielokulturowość, jednak będąc jego dworzaninem nie sposób byłoby ukryć oburzenie na wprowadzanie z dnia na dzień nowych zwyczajów godzących w wielopokoleniowe tradycje.
To jednak nic! Kilkaset lat później dwóch panów o wdzięcznych nazwiskach Hitler i Stalin postanowiło nie tylko ingerować we własną kulturę, lecz również niszczyć kulturę innych, w tym Polaków. Interesujące jest tutaj zachowanie nie katów, lecz ofiar. Wśród zesłańców na Sybir można było zauważyć sytuacje, kiedy rodzina siadając do stołu zachowywała wyniesiony z domu obyczaj, a matki uczyły dzieci posługiwać się imitacjami sztućców, aby te nie zapomniały jak się ich używa. I to nic, że na stole leżały marne potrawy, jeśli w ogóle można tak nazwać posiłki tych ludzi. Tu nie liczyło się danie, lecz chęć pozostania, poprzez kulturę, cywilizowanym człowiekiem w nieludzkich warunkach!
Spójrzmy teraz na ziemie administrowane przez nazistów. Można tam było zginąć za propagowanie polskiej kultury lub pobieranie nauki na tajnych kompletach. Mimo to w podziemiu kwitło życie kulturalne, a młodzi ludzie zdawali maturę i kończyli studia. Polskie studia! Roczniki te wykształcone w ten sposób dalej propagowały polskość w nie do końca polskim państwie, nie pozwalając zapomnieć swym dzieciom o dorobku Jasienicy czy Mrożka. Cóż za determinacja, i to w jakich czasach!
Żyjący dzisiaj opisywane lata pamiętają jak przez mgłę lub nie pamiętają ich wcale. Zapomniano już ile można zrobić po to aby nie zatracić swojej tożsamości. Być może dlatego postępuje coraz większa degrengolada życia kulturalnego, potęgowana przez globalizację lub jak chcą niektórzy, hamburgeryzację naszego świata. Pół biedy z kulturą polską. Mając swoje państwo, ministerstwo i środki z budżetu jej byt jest niezagrożony. Gorzej ma się sprawa jej śląskiej odpowiedniczki. I to w czasach gdy przestano w szkołach bić dzieci za „godanie”, gdy możemy poznawać pełnię swojego dziedzictwa kulturowego i tworzyć nową jakość społeczną budowaną przez śląskich autochtonów i śląskich przybyszów.
Ten plac budowy stoi jednak pusty. Wprawdzie spora część autochtonów i niemała ilość przybyłych w ostatnich dziesięcioleciach jest zainteresowana sprawami regionalnymi (patrz – popyt na Ślabikorz, czyli śląski elementarz), lecz kto jeszcze pamięta, że na Wigilię podaje się „naszo siemieniotka”, a nie polski barszcz z uszkami, kto pamięta o tzw. długiej końcówce w mowie śląskiej, która Wigilię zmienia w „Wilijo”, sesję w „sesyjo”, a kawalerię w „kawaleryjo”, kto w końcu pamięta, że pod względem kulturalnym nie musimy mieć żadnych kompleksów względem Krakowa, bowiem to u nas powstawały nieraz najpiękniejsze dzieła twórców o renomie europejskiej.
Dziś nie trzeba również narażać swojego życia aby móc być sobą u siebie. Mało tego. Na odbywającym się w Katowicach Kongresie Kultury Województwa Śląskiego z ust naukowców Uniwersytetu Śląskiego i ludzi kultury padały głośno i otwarcie słowa jakie dotąd wypowiadali tylko członkowie ruchów regionalnych. Świat teatrów, kin, sal koncertowych i akademickich auli dostrzegł już, że tożsamości regionalnej nie należy się wstydzić, lecz trzeba ją pielęgnować. Nieco gorzej sprawa ma się z politykami, szczególnie w kontekście sprawy przyszłych barw krzesełek Stadionu Śląskiego, lecz i ta postawa powinna się wkrótce zmienić (a raczej my powinniśmy ją zmienić).
Póki co nie oglądajmy się na władze, bowiem przez ostatnie dziesięciolecia wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle dając się zamknąć do (jak powiedział Michał Smolorz) kulturalnego skansenu, gdzie królują biesiady, „zicpolki” i przaśne wice. Sami przecież możemy kultywować kulturę śląską w przestrzeni prywatnej bez oglądania się na dyskurs polityczny bądź kreowane w mediach akulturalne twory. I oby śląskość nie zginęła kiedy my żyjemy.
Pyrsk!
Spójrzmy teraz na ziemie administrowane przez nazistów. Można tam było zginąć za propagowanie polskiej kultury lub pobieranie nauki na tajnych kompletach. Mimo to w podziemiu kwitło życie kulturalne, a młodzi ludzie zdawali maturę i kończyli studia. Polskie studia! Roczniki te wykształcone w ten sposób dalej propagowały polskość w nie do końca polskim państwie, nie pozwalając zapomnieć swym dzieciom o dorobku Jasienicy czy Mrożka. Cóż za determinacja, i to w jakich czasach!
Żyjący dzisiaj opisywane lata pamiętają jak przez mgłę lub nie pamiętają ich wcale. Zapomniano już ile można zrobić po to aby nie zatracić swojej tożsamości. Być może dlatego postępuje coraz większa degrengolada życia kulturalnego, potęgowana przez globalizację lub jak chcą niektórzy, hamburgeryzację naszego świata. Pół biedy z kulturą polską. Mając swoje państwo, ministerstwo i środki z budżetu jej byt jest niezagrożony. Gorzej ma się sprawa jej śląskiej odpowiedniczki. I to w czasach gdy przestano w szkołach bić dzieci za „godanie”, gdy możemy poznawać pełnię swojego dziedzictwa kulturowego i tworzyć nową jakość społeczną budowaną przez śląskich autochtonów i śląskich przybyszów.
Ten plac budowy stoi jednak pusty. Wprawdzie spora część autochtonów i niemała ilość przybyłych w ostatnich dziesięcioleciach jest zainteresowana sprawami regionalnymi (patrz – popyt na Ślabikorz, czyli śląski elementarz), lecz kto jeszcze pamięta, że na Wigilię podaje się „naszo siemieniotka”, a nie polski barszcz z uszkami, kto pamięta o tzw. długiej końcówce w mowie śląskiej, która Wigilię zmienia w „Wilijo”, sesję w „sesyjo”, a kawalerię w „kawaleryjo”, kto w końcu pamięta, że pod względem kulturalnym nie musimy mieć żadnych kompleksów względem Krakowa, bowiem to u nas powstawały nieraz najpiękniejsze dzieła twórców o renomie europejskiej.
Dziś nie trzeba również narażać swojego życia aby móc być sobą u siebie. Mało tego. Na odbywającym się w Katowicach Kongresie Kultury Województwa Śląskiego z ust naukowców Uniwersytetu Śląskiego i ludzi kultury padały głośno i otwarcie słowa jakie dotąd wypowiadali tylko członkowie ruchów regionalnych. Świat teatrów, kin, sal koncertowych i akademickich auli dostrzegł już, że tożsamości regionalnej nie należy się wstydzić, lecz trzeba ją pielęgnować. Nieco gorzej sprawa ma się z politykami, szczególnie w kontekście sprawy przyszłych barw krzesełek Stadionu Śląskiego, lecz i ta postawa powinna się wkrótce zmienić (a raczej my powinniśmy ją zmienić).
Póki co nie oglądajmy się na władze, bowiem przez ostatnie dziesięciolecia wyszliśmy na tym jak Zabłocki na mydle dając się zamknąć do (jak powiedział Michał Smolorz) kulturalnego skansenu, gdzie królują biesiady, „zicpolki” i przaśne wice. Sami przecież możemy kultywować kulturę śląską w przestrzeni prywatnej bez oglądania się na dyskurs polityczny bądź kreowane w mediach akulturalne twory. I oby śląskość nie zginęła kiedy my żyjemy.
Pyrsk!
Alan Zych
- OGŁOSZENIA
- Nr. 1 na rynku pożyczek pod zastaw nieruchomości.
- Zostań konsultantką(em) Oriflame!
- Pani spotka się z Panem
- Schody Rintal-tylko w maju stopniowa promocja ile
- Praca DODATKOWA
- KUPIĘ zadłużoną spółkę
- GRECJA wypoczynek & zwiedzanie
- Kupię Przejmę Zadłużoną spółkę akcyjną lub z o.o.
- MARIZA - Zarabiaj z Nami !
- Dołącz do Oriflame - zarabiaj jako konsultantka!
- Kupię Spółkę - Skup Zadłużonych Spółek
- Zostań konsultantką(em) Oriflame!

Dodaj komentarz
zgłoś nadużycie el presidente, Utworzony: 2010-09-28 10:56:41
zgłoś nadużycie Jorg, Utworzony: 2010-09-25 09:17:39
zgłoś nadużycie el presidente, Utworzony: 2010-09-24 14:34:37