2009-01-19
Wojna, czyli 1 września 1939 r. oczami dziecka
- Mamo, wyłączcie antena z radia, bo grzmi.
- Spij, już wyłączołach.
Grzmoty były jednak jakieś inne, dziwne. Dlatego nie dałam za wygraną i poprosiłam mamę, żeby powiedziała, co się dzieje. Spojrzała na mnie i już wiedziałam, że to nie burza, ale wojna.
- Spij, już wyłączołach.
Grzmoty były jednak jakieś inne, dziwne. Dlatego nie dałam za wygraną i poprosiłam mamę, żeby powiedziała, co się dzieje. Spojrzała na mnie i już wiedziałam, że to nie burza, ale wojna.
Fot. Muzeum Świętochłowice
Jak opowiedzieć o tych dniach, jeśli wydarzenia tamtego września większość mieszkańców naszego miasta zna jedynie z podręczników do historii?
Jest tylko jedno wyjście. Oddaję głos świętochłowiczance, która w momencie wybuchu wojny miała 12 lat. Nie będzie o Westerplatte, będzie o Lipinach.
Suchary
O tym, ze może być wojna, mówiło się już od dawna. Wszyscy słuchali radia i niepokoiły nas takie informacje, jak zerwanie paktu o nieagresji czy liczne akcje sabotażowe mające na celu wzrost napięcia w stosunkach miedzy obydwoma krajami.
Ojciec był kolejarzem, któregoś dnia powiedział nam, że w razie wybuchu wojny rodziny pracowników kolei będą ewakuowane. Kiedy 30 sierpnia rano wrócił z pracy, długo szeptał z mamą w kuchni. Po chwili oboje oznajmili nam, że szybka ewakuacja niestety stanie się faktem. W domu mieliśmy duży, wiklinowy kosz, do którego mama zaczęła pakować ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Właściwie nie wiadomo było, co wziąć, bo nikt z nas nie wiedział ile to potrwa. Ojciec wysłał mnie do sklepu, żebym kupiła trochę żywności na drogę. Wybrałam suchary, bo się nie psuły a nie wiadomo było jak długo i gdzie pojedziemy. Do tego kilka zup w proszku, mydło i parę innych drobiazgów.
Kiedy kosz był już spakowany a żywność ulokowana w torbach, ojciec bardzo się cieszył, że mama posłuchała go i zgodziła się na wyjazd. Cały następny dzień rozmawialiśmy o tym, jaka niewiadoma nas czeka. Wieczorem tata musiał pójść do pracy. Pożegnał się z nami i jeszcze raz poprosił mamę, by w razie potrzeby jak najszybciej się z nami ewakuowała.
Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi mama stwierdziła, że nie ma zamiaru nigdzie jechać i rozpakowała przygotowany bagaż. Ojciec miał wrócić do domu następnego dnia wieczorem.
Zobaczyliśmy go ponownie dopiero w lipcu 1940 r., kolejarzy ewakuowano do Lwowa.
Grzmoty
Nad ranem obudził mnie jakiś hałas. Powiedziałam mamie, żeby wyłączyła antenę z radia, bo grzmi. Ona, nie chcąc mnie przestraszyć odpowiedziała, że już to zrobiła i mam spokojnie dalej spać. Nie mogłam jednak, te dźwięki były inne niż burza. Zaczęłam prosić mamę, by powiedziała, co się dzieje. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Rozglądnęłam się po pokoju, w którym zazwyczaj spało 9 osób i stwierdziłam, że nikogo oprócz mnie w nim nie ma. Ubrałam się szybko i wyszłam na korytarz. Tam stali już wszyscy – rodzeństwo i lokatorzy innych mieszkań. Rozmawiali i widać było na ich twarzach strach. „C teraz będzie” – to najczęściej powtarzające się pytanie.
Te grzmoty, które mnie obudziły, były strzałami. Na polach w stronę Bytomia i Szombierek znajdował się wojskowy bunkier. Tam przed niemieckim ostrzałem broniło się polskie wojsko.
W radiu został nadany komunikat, że o 4.45 wojska niemieckie przekroczyły granice Polski. Było to oficjalne już powiadomienie, że rozpoczęła się wojna. Słuchając radia nie rozumieliśmy sensu niektórych słów, nie mieściły się w ogólnym kontekście – np. czekolada, koma. Potem okazało się, że są to zaszyfrowane informacje dla wojska.
Rano, o 6.00 pobiegliśmy do kościoła. Wracając z niego, już blisko domu zobaczyliśmy samoloty. Leciały tak nisko, ze widać było na nich niemieckie oznaczenia. Kiedy minął strach i chwilowy paraliż, szybko pobiegliśmy do domu.
Miejscowości przygraniczne takie jak Ruda Śl., Orzegów, Godula, zostały ewakuowane. Ulicami ciągnęły tłumy ludzi, wielu pchało wózki ręczne albo nawet dziecięce, wypełnione bagażem.
Moja najstarsza siostra Jadzia była nauczycielką w Orzegowie. Rano poszła na rozpoczęcie roku, ale sama wiedziała, że to tylko pro forma. Ani tam, ani nigdzie indziej szkoły nie wznowiły działalności. Opowiadała potem, że w trakcie powrotu widziała dantejskie sceny. Przepychanki na ulicach, spadający z wózków dobytek niszczony przez następnych idących.
Ale przede wszystkim przyniosła wiadomość, że po południu Lipiny także mają być ewakuowane.
Ucieczka
Jadzia postanowiła, że w takiej sytuacji zabierze mnie i Zosię, kolejną siostrę, do Borzęcina. Mieszkała tam mama jej narzeczonego, również orzegowskiego nauczyciela. Siostra nie miała z nim kontaktu, ponieważ został powołany do wojska, ale dyrektor szkoły, w której pracowali, przekazał jej trzymiesięczne pobory, które wypłacone zostały tego dnia wszystkim urzędnikom państwowym. Postanowiła więc dostarczyć je i oddać przyszłej teściowej.
Mama nie chciała puścić nas samych. Wiedziała, że nie unikniemy ewakuacji, więc lepiej było jechać w pewne miejsce niż zdać się na los. Miała przeczucie, ze skoro tata do teraz nie wrócił, to musiał zostać wywieziony gdzieś z innymi kolejarzami.
Po raz drugi, dużo szybciej i nie tak starannie spakowała nasze rzeczy. Poprosiła mnie, żebym pobiegła do mistrza krawieckiego, pana Czerwinki (u którego praktykował brat) i poprosiła go o zwolnienie Stanika do domu, bo szykujemy się do wyjazdu z Lipin. Brat wrócił ze mną, ale odmówił wyjazdu. Zresztą nie tylko on. Zefek także. Liczyli na to, że w najbliższych dniach dostaną powołanie do wojska i nie chcieli uciekać.
Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Dołączyła do nas sąsiadka z dwiema córeczkami, czteroletnią Rózią i dwuletnią Wandzią. Jej mąż został, bo był odpowiedzialny za utrzymanie porządku podczas ewakuacji.
Udało nam się dostać tramwajem do Katowic. Na dworcu był taki tłum, jakiego nigdy w życiu nie widziałam. Pociągi nie kursowały już planowo, panował kompletny chaos. Podawano też wiadomość, że każdy, kto chce skorzystać z kolei, musi mieć z Urzędu Starostwa zezwolenie na opuszczenie Katowic.
Nikt nie był jednak w stanie tego wyegzekwować, bo ludzie cały czas napływali zewsząd. Wszyscy marzyli tylko o wejściu do wagonu i nikt nie przejmował się zaświadczeniami.
No prawie nikt. Jadzia, która zawsze szanowała przepisy, postanowiła jednak je zdobyć.
W krótkim czasie po tym, jak się od nas oddaliła, ogłoszono alarm przeciwlotniczy i wszyscy musieli udać się do schronów. Bardzo się baliśmy, że już nas nie znajdzie, ale jakimś cudem po odwołaniu alarmu trafiliśmy na siebie.
Na peronie zwątpiliśmy w to, ze uda nam się dostać do pociągu. Wyglądało to tak, jakby cały Śląsk chciał uciekać. Jakoś jednak weszliśmy, ale tłok był okropny. Każdy miał przecież ze sobą mnóstwo bagażu. Zaczęła się podróż.
Do Borzęcina
Z Katowic do Borzęcina (dzisiejsze małopolskie) jechaliśmy trzy dni. Najgorsze były noce. Nieoświetlone wagony, niepewność i strach. Pociąg zatrzymywał się na długie godziny, pierwszeństwo miały wagony wiozące wojsko. Mijając je, machaliśmy, mając nadzieję, ze wojna szybko się skończy i wrócimy do domów. Z oddali słyszeliśmy odgłosy strzałów.
Gdy dojeżdżaliśmy do Krakowa nadleciały niemiecki samoloty i zrzuciły kilka bomb. Żadna z nich, na szczęście, nie trafiła w pociąg. Podczas nalotu w wagonie panowała grobowa cisza. Każdy modlił się, by nic nam się nie stało.
Odetchnęliśmy, gdy to się skończyło. Mimo tego, że nie było już nic do jedzenia ani picia nie odczuwaliśmy pragnienia i głodu. Wspaniale zachowywali się polscy żołnierze, którzy widząc jak czekamy w stojącym gdzieś w polu pociągu podczas mijania nas wrzucali do wagonów manierki w wodą i suchary.
Mieliśmy dojechać do Brzeska. W miejscowości Biadoliny pociąg stanął na dobre. Zaczął się kolejny nalot, tym razem bomby trafiały już w nasz pociąg. Kto mógł, uciekał za nasyp kolejowy. Nam się udało. Schowaliśmy się w lesie. Jadzia pobiegła do wsi kupić coś do zjedzenia i przy okazji udało jej się namówić jednego gospodarza, by zawiózł nas furmanką do Borzęcina.
Nie wiem, ile potem mama mu za to zapłaciła. Ale z naszych funduszy nie zostało już prawie nic. Dotarliśmy późnym wieczorem, prawie nocą 3 września.
Tego dnia do Lipin wkroczyły wojska niemieckie.
Niepewność
W Borzęcinie mama narzeczonego Jadzi przyjęła nas bardzo serdecznie. Zaraz zjawili się tez sąsiedzi. Siostra została w domu Leona (narzeczonego) a my zakwaterowani zostaliśmy u przyjaciółki tej pani. Nasza sąsiadka z Lipin tez nie miała problemów z zamieszkaniem, mieszkańcy Borzęcina wprost prześcigali się z ofertami noclegów. Nie wiem do dziś, jak dziękować im za to, co dla nas bezinteresownie zrobili.
Po kilku dniach pobytu przez miejscową rzekę przeprawił się polski żołnierz. Dopiero od niego dowiedzieliśmy się jaka jest sytuacja na froncie, że Śląsk zajęły niemieckie wojska i o szybkim zwycięstwie nie ma co marzyć.
Najgorsze było to, ze za parę dni matka Leona została zawiadomiona, ze jej syn zginął od kuli z karabinu wojskowego samolotu. Ani ona ani Jadzia nie mogły przyjąć tego do wiadomości.
8.września w borzęcińskich lasach rozgorzały walki. Dopiero, kiedy ucichły i uspokoiło się, pozornie można było pomyśleć, że wszystko wraca do normy.
Zaczęliśmy myśleć o powrocie do Lipin. Sołtys Borzęcina, który jeździł do Krakowa i przekazywał informacje uprzedził nas, że być może nasze mieszkanie jest już zajęte przez rodziny niemieckie. Nie wiedział, że to tylko ajncla i nie jest dla nich łakomym kąskiem.
Powrót
Po długiej podróży wróciliśmy do Lipin. Wchodząc na naszą ulice mama zauważyła uchylony lufcik w kuchni. Mieliśmy nadzieję, że to ojciec lub bracia są w domu. Czekał na nas dziadek.
Mama starała się nie okazać rozczarowania, tym bardziej, że dziadek płakał z radości na nasz widok. Nie wiedział, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. Myślał, że nas ewakuowano.
3 września przyjechał sprawdzić, co się u nas dzieje i odtąd nie wrócił już do Brzezin, bo pilnował naszego mieszkania. Następnego dnia po naszym powrocie wyjechał, by powiedzieć babci, że jesteśmy cali i zdrowi.
O ojcu ani braciach nikt nie miał żadnej wiadomości.
Był 28 września 1939 r. Ogłoszono kapitulację Warszawy a z radia po niemiecku płynęły słowa, że Polska już nigdy nie powstanie.
Tak kończą się wrześniowe wspomnienia mojej Babci, której nigdy nie odwdzięczę się za wszystko, co mi przekazała i czego mnie nauczyła.
Jest tylko jedno wyjście. Oddaję głos świętochłowiczance, która w momencie wybuchu wojny miała 12 lat. Nie będzie o Westerplatte, będzie o Lipinach.
Suchary
O tym, ze może być wojna, mówiło się już od dawna. Wszyscy słuchali radia i niepokoiły nas takie informacje, jak zerwanie paktu o nieagresji czy liczne akcje sabotażowe mające na celu wzrost napięcia w stosunkach miedzy obydwoma krajami.
Ojciec był kolejarzem, któregoś dnia powiedział nam, że w razie wybuchu wojny rodziny pracowników kolei będą ewakuowane. Kiedy 30 sierpnia rano wrócił z pracy, długo szeptał z mamą w kuchni. Po chwili oboje oznajmili nam, że szybka ewakuacja niestety stanie się faktem. W domu mieliśmy duży, wiklinowy kosz, do którego mama zaczęła pakować ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Właściwie nie wiadomo było, co wziąć, bo nikt z nas nie wiedział ile to potrwa. Ojciec wysłał mnie do sklepu, żebym kupiła trochę żywności na drogę. Wybrałam suchary, bo się nie psuły a nie wiadomo było jak długo i gdzie pojedziemy. Do tego kilka zup w proszku, mydło i parę innych drobiazgów.
Kiedy kosz był już spakowany a żywność ulokowana w torbach, ojciec bardzo się cieszył, że mama posłuchała go i zgodziła się na wyjazd. Cały następny dzień rozmawialiśmy o tym, jaka niewiadoma nas czeka. Wieczorem tata musiał pójść do pracy. Pożegnał się z nami i jeszcze raz poprosił mamę, by w razie potrzeby jak najszybciej się z nami ewakuowała.
Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi mama stwierdziła, że nie ma zamiaru nigdzie jechać i rozpakowała przygotowany bagaż. Ojciec miał wrócić do domu następnego dnia wieczorem.
Zobaczyliśmy go ponownie dopiero w lipcu 1940 r., kolejarzy ewakuowano do Lwowa.
Grzmoty
Nad ranem obudził mnie jakiś hałas. Powiedziałam mamie, żeby wyłączyła antenę z radia, bo grzmi. Ona, nie chcąc mnie przestraszyć odpowiedziała, że już to zrobiła i mam spokojnie dalej spać. Nie mogłam jednak, te dźwięki były inne niż burza. Zaczęłam prosić mamę, by powiedziała, co się dzieje. Jej spojrzenie mówiło wszystko. Rozglądnęłam się po pokoju, w którym zazwyczaj spało 9 osób i stwierdziłam, że nikogo oprócz mnie w nim nie ma. Ubrałam się szybko i wyszłam na korytarz. Tam stali już wszyscy – rodzeństwo i lokatorzy innych mieszkań. Rozmawiali i widać było na ich twarzach strach. „C teraz będzie” – to najczęściej powtarzające się pytanie.
Te grzmoty, które mnie obudziły, były strzałami. Na polach w stronę Bytomia i Szombierek znajdował się wojskowy bunkier. Tam przed niemieckim ostrzałem broniło się polskie wojsko.
W radiu został nadany komunikat, że o 4.45 wojska niemieckie przekroczyły granice Polski. Było to oficjalne już powiadomienie, że rozpoczęła się wojna. Słuchając radia nie rozumieliśmy sensu niektórych słów, nie mieściły się w ogólnym kontekście – np. czekolada, koma. Potem okazało się, że są to zaszyfrowane informacje dla wojska.
Rano, o 6.00 pobiegliśmy do kościoła. Wracając z niego, już blisko domu zobaczyliśmy samoloty. Leciały tak nisko, ze widać było na nich niemieckie oznaczenia. Kiedy minął strach i chwilowy paraliż, szybko pobiegliśmy do domu.
Miejscowości przygraniczne takie jak Ruda Śl., Orzegów, Godula, zostały ewakuowane. Ulicami ciągnęły tłumy ludzi, wielu pchało wózki ręczne albo nawet dziecięce, wypełnione bagażem.
Moja najstarsza siostra Jadzia była nauczycielką w Orzegowie. Rano poszła na rozpoczęcie roku, ale sama wiedziała, że to tylko pro forma. Ani tam, ani nigdzie indziej szkoły nie wznowiły działalności. Opowiadała potem, że w trakcie powrotu widziała dantejskie sceny. Przepychanki na ulicach, spadający z wózków dobytek niszczony przez następnych idących.
Ale przede wszystkim przyniosła wiadomość, że po południu Lipiny także mają być ewakuowane.
Ucieczka
Jadzia postanowiła, że w takiej sytuacji zabierze mnie i Zosię, kolejną siostrę, do Borzęcina. Mieszkała tam mama jej narzeczonego, również orzegowskiego nauczyciela. Siostra nie miała z nim kontaktu, ponieważ został powołany do wojska, ale dyrektor szkoły, w której pracowali, przekazał jej trzymiesięczne pobory, które wypłacone zostały tego dnia wszystkim urzędnikom państwowym. Postanowiła więc dostarczyć je i oddać przyszłej teściowej.
Mama nie chciała puścić nas samych. Wiedziała, że nie unikniemy ewakuacji, więc lepiej było jechać w pewne miejsce niż zdać się na los. Miała przeczucie, ze skoro tata do teraz nie wrócił, to musiał zostać wywieziony gdzieś z innymi kolejarzami.
Po raz drugi, dużo szybciej i nie tak starannie spakowała nasze rzeczy. Poprosiła mnie, żebym pobiegła do mistrza krawieckiego, pana Czerwinki (u którego praktykował brat) i poprosiła go o zwolnienie Stanika do domu, bo szykujemy się do wyjazdu z Lipin. Brat wrócił ze mną, ale odmówił wyjazdu. Zresztą nie tylko on. Zefek także. Liczyli na to, że w najbliższych dniach dostaną powołanie do wojska i nie chcieli uciekać.
Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę. Dołączyła do nas sąsiadka z dwiema córeczkami, czteroletnią Rózią i dwuletnią Wandzią. Jej mąż został, bo był odpowiedzialny za utrzymanie porządku podczas ewakuacji.
Udało nam się dostać tramwajem do Katowic. Na dworcu był taki tłum, jakiego nigdy w życiu nie widziałam. Pociągi nie kursowały już planowo, panował kompletny chaos. Podawano też wiadomość, że każdy, kto chce skorzystać z kolei, musi mieć z Urzędu Starostwa zezwolenie na opuszczenie Katowic.
Nikt nie był jednak w stanie tego wyegzekwować, bo ludzie cały czas napływali zewsząd. Wszyscy marzyli tylko o wejściu do wagonu i nikt nie przejmował się zaświadczeniami.
No prawie nikt. Jadzia, która zawsze szanowała przepisy, postanowiła jednak je zdobyć.
W krótkim czasie po tym, jak się od nas oddaliła, ogłoszono alarm przeciwlotniczy i wszyscy musieli udać się do schronów. Bardzo się baliśmy, że już nas nie znajdzie, ale jakimś cudem po odwołaniu alarmu trafiliśmy na siebie.
Na peronie zwątpiliśmy w to, ze uda nam się dostać do pociągu. Wyglądało to tak, jakby cały Śląsk chciał uciekać. Jakoś jednak weszliśmy, ale tłok był okropny. Każdy miał przecież ze sobą mnóstwo bagażu. Zaczęła się podróż.
Do Borzęcina
Z Katowic do Borzęcina (dzisiejsze małopolskie) jechaliśmy trzy dni. Najgorsze były noce. Nieoświetlone wagony, niepewność i strach. Pociąg zatrzymywał się na długie godziny, pierwszeństwo miały wagony wiozące wojsko. Mijając je, machaliśmy, mając nadzieję, ze wojna szybko się skończy i wrócimy do domów. Z oddali słyszeliśmy odgłosy strzałów.
Gdy dojeżdżaliśmy do Krakowa nadleciały niemiecki samoloty i zrzuciły kilka bomb. Żadna z nich, na szczęście, nie trafiła w pociąg. Podczas nalotu w wagonie panowała grobowa cisza. Każdy modlił się, by nic nam się nie stało.
Odetchnęliśmy, gdy to się skończyło. Mimo tego, że nie było już nic do jedzenia ani picia nie odczuwaliśmy pragnienia i głodu. Wspaniale zachowywali się polscy żołnierze, którzy widząc jak czekamy w stojącym gdzieś w polu pociągu podczas mijania nas wrzucali do wagonów manierki w wodą i suchary.
Mieliśmy dojechać do Brzeska. W miejscowości Biadoliny pociąg stanął na dobre. Zaczął się kolejny nalot, tym razem bomby trafiały już w nasz pociąg. Kto mógł, uciekał za nasyp kolejowy. Nam się udało. Schowaliśmy się w lesie. Jadzia pobiegła do wsi kupić coś do zjedzenia i przy okazji udało jej się namówić jednego gospodarza, by zawiózł nas furmanką do Borzęcina.
Nie wiem, ile potem mama mu za to zapłaciła. Ale z naszych funduszy nie zostało już prawie nic. Dotarliśmy późnym wieczorem, prawie nocą 3 września.
Tego dnia do Lipin wkroczyły wojska niemieckie.
Niepewność
W Borzęcinie mama narzeczonego Jadzi przyjęła nas bardzo serdecznie. Zaraz zjawili się tez sąsiedzi. Siostra została w domu Leona (narzeczonego) a my zakwaterowani zostaliśmy u przyjaciółki tej pani. Nasza sąsiadka z Lipin tez nie miała problemów z zamieszkaniem, mieszkańcy Borzęcina wprost prześcigali się z ofertami noclegów. Nie wiem do dziś, jak dziękować im za to, co dla nas bezinteresownie zrobili.
Po kilku dniach pobytu przez miejscową rzekę przeprawił się polski żołnierz. Dopiero od niego dowiedzieliśmy się jaka jest sytuacja na froncie, że Śląsk zajęły niemieckie wojska i o szybkim zwycięstwie nie ma co marzyć.
Najgorsze było to, ze za parę dni matka Leona została zawiadomiona, ze jej syn zginął od kuli z karabinu wojskowego samolotu. Ani ona ani Jadzia nie mogły przyjąć tego do wiadomości.
8.września w borzęcińskich lasach rozgorzały walki. Dopiero, kiedy ucichły i uspokoiło się, pozornie można było pomyśleć, że wszystko wraca do normy.
Zaczęliśmy myśleć o powrocie do Lipin. Sołtys Borzęcina, który jeździł do Krakowa i przekazywał informacje uprzedził nas, że być może nasze mieszkanie jest już zajęte przez rodziny niemieckie. Nie wiedział, że to tylko ajncla i nie jest dla nich łakomym kąskiem.
Powrót
Po długiej podróży wróciliśmy do Lipin. Wchodząc na naszą ulice mama zauważyła uchylony lufcik w kuchni. Mieliśmy nadzieję, że to ojciec lub bracia są w domu. Czekał na nas dziadek.
Mama starała się nie okazać rozczarowania, tym bardziej, że dziadek płakał z radości na nasz widok. Nie wiedział, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. Myślał, że nas ewakuowano.
3 września przyjechał sprawdzić, co się u nas dzieje i odtąd nie wrócił już do Brzezin, bo pilnował naszego mieszkania. Następnego dnia po naszym powrocie wyjechał, by powiedzieć babci, że jesteśmy cali i zdrowi.
O ojcu ani braciach nikt nie miał żadnej wiadomości.
Był 28 września 1939 r. Ogłoszono kapitulację Warszawy a z radia po niemiecku płynęły słowa, że Polska już nigdy nie powstanie.
Tak kończą się wrześniowe wspomnienia mojej Babci, której nigdy nie odwdzięczę się za wszystko, co mi przekazała i czego mnie nauczyła.
Marzena Wojewoda-Rączka
- OGŁOSZENIA
- Nr. 1 na rynku pożyczek pod zastaw nieruchomości.
- Zostań konsultantką(em) Oriflame!
- Pani spotka się z Panem
- Schody Rintal-tylko w maju stopniowa promocja ile
- Praca DODATKOWA
- KUPIĘ zadłużoną spółkę
- GRECJA wypoczynek & zwiedzanie
- Kupię Przejmę Zadłużoną spółkę akcyjną lub z o.o.
- MARIZA - Zarabiaj z Nami !
- Dołącz do Oriflame - zarabiaj jako konsultantka!
- Kupię Spółkę - Skup Zadłużonych Spółek
- Zostań konsultantką(em) Oriflame!

Dodaj komentarz